Uwikłani w sobotę

Życie toczy się między piątkiem a niedzielą. Od upadku do podniesienia. Od umierania do zmartwychwstania. Życie jest fazowe i niezależnie od tego ile mamy lat, w niedzielę zapominamy o piątku, a w piątek nie wierzymy w niedzielę. Albo nas zaskakuje cios, albo z niedowierzaniem przecieramy oczy, gdy nagle słońce wychodzi zza chmur. Najdłużej wleczce się na nam jednak sobota. Dzień ciszy i strachu kiedy wszystko boli, a flakonik nadziei wyschnięty w garści nadal ściskamy. Chowamy się wtedy w sobie i odgrywamy teatr na wodzie swojego życia raz klaszcząc, a raz gwiżdżąc do pustej sali.


Jesteśmy uwikłani w Wielką Sobotę. Rozproszeni, wycofani, czekający, a czasami nawet poddani. Może wiesz, o czym mówię. Pewno wiesz.

Te wszystkie soboty wytatuowały mi w sercu wielką białą różę. Dzięki niej pamiętam. I dlatego dzisiaj wyklejam wspomnieniami moich sobót każdą chwilę tego szczególnego dnia. Rozgryzam wargę, żeby przypomnieć sobie smak kropelki krwi. Zamykam oczy, żeby czuć ciemność. Ściskam dłonie, że pamiętać o walce z Goliatem. A potem otwieram oczy, rozluźniam dłonie i przecieram usta. Jest wtorek…

Żyjemy. Pracujemy. Dopiero zaczynamy… (cytat z filmu “Ten Items or Less”).

Ostatnie zdjęcia